Następca – wspomnienia urojone

Jerzy Marcin Majewski

Następca

wspomnienia urojone

Początek

W 1987 r. rozpocząłem w Poznaniu praktykę adwokacką.

Po wielu dosyć burzliwych perypetiach związanych najpierw z przyjęciem na aplikację a po egzaminie z uzyskaniem miejsca w zespole, minister sprawiedliwości udzielił mi zgody, na prowadzenie indywidualnej kancelarii adwokackiej.

Byłem bodaj pierwszym w Polsce młodym adwokatem, który uzyskał ministerialne zezwolenie na prowadzenie kancelarii poza strukturami zespołów adwokackich. Przede mną zgodę taką otrzymywali wyłącznie adwokaci, którzy osiągnąwszy wiek emerytalny, decydowali się – jak to wówczas mówiono – pracować na pół etatu i to w miejscowości, w której nie było siedziby zespołu. Takie to były czasy.

Fakt, egzamin adwokacki zdałem z wyróżnieniem, niemniej swoim ówczesnym stylem bycia i życia, zasłużyłem sobie na trudności w przyjęciu do zespołu adwokackiego w Poznaniu; zaś kilku starszych kolegów, którzy z czasem stali się moimi przyjaciółmi, nie bez satysfakcji czyniło wiele bym do adwokatury przyjęty nie został.

Toteż decyzja ministra sprawiedliwości o udzieleniu mi zgody na prowadzenie w Poznaniu prywatnej praktyki była niemałym szokiem dla środowiska adwokackiego, które – jak zwykle w ocenie zdarzeń precedensowych – mocno się podzieliło. Jedni szczerze mi gratulowali kibicując dosyć szybkiemu rozwojowi praktyki, inni spoglądali na moją kancelarię z nieskrywaną zawiścią. 

Gdy okazało się, że moją specjalizacją jest prawo handlowe, którym żaden z adwokatów – choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne – po prostu się nie zajmował, atmosfera wokół mojej kancelarii zrobiła się przyjazna. Nie byłem dla poznańskiej adwokatury konkurencją. 

A czasy dla specjalisty z zakresu prawa handlowego były piękne. Jedyny słuszny ustrój miał się już ku upadkowi. Nastała moda na zakładanie spółek. Aż trudno uwierzyć, że w tych latach prawnicy po prostu nie umieli przygotowywać umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością a takie pojęcia jak kapitał zakładowy czy prokura pamiętali jedynie najstarsi adwokaci jeszcze z czasów przedwojennych. 

W sądach nie było wydziałów gospodarczych. Przy wydziale cywilnym nieprocesowym Sądu Rejonowego w Poznaniu tworzyła się dopiero sekcja spraw rejestrowych. Mieściła się na najwyższym piętrze budynku przy Młyńskiej zajmując dwa niewielkie pokoje. Na rynku wydawniczym nie można było zdobyć tekstu Kodeksu handlowego. Komputery znane były jedynie z opisów jakie zamieszczało czasopismo Bajtek, stawiające sobie za cel zwalczanie komputerowego analfabetyzmu i skierowane prawdę mówiąc do dzieci.

Moja, szumnie nazywana specjalizacja wynikała z faktu, że byłem szczęśliwym posiadaczem dwóch egzemplarzy Kodeksu handlowego z komentarzem. Allerhanda oraz Dziurzyńskiego, Fenichla i Honzatki.

W czasach gdy kończyłem studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, prawo handlowe nie było przedmiotem wykładu. 

Mnie prawo handlowe interesowało zanim jeszcze wybrałem studia prawnicze. Wspomniany komentarz Allerhanda czytałem jeszcze w domu rodzinnym imaginując sobie, że zrobię w przyszłości komunistom na złość i założę spółkę akcyjną. Komentarz Dziurzyńskiego, Fenichla i Honzatki, już w trakcie studiów ukradłem Mecenasowi Franciszkowi M, który był go ukradł swojemu bratu Mecenasowi Piotrowi M.; i skrzętnie ukrywałem kiedy moją kancelarię odwiedzał jego syn Mecenas Paweł M., bezskutecznie poszukując tego komentarza.

Czas budowania ustroju słusznie minionego wyrugował z zakresu pojęć powszechnie zrozumiałych takie słowa jak: kapitał zakładowy, akcja imienna, akcja na okaziciela, weksel, giełda i wiele, wiele innych, które co najwyżej pojawiały się w propagandowych tekstach zohydzających wstrętny imperializm kapitalistycznego zachodu. Tych słów i ich znaczenia musieliśmy się na nowo uczyć. A właściwie uczyć od początku. Przy pierwszej wizycie w kancelarii, niemal każdy klient, potencjalny przedsiębiorca pytał:

-Panie mecenasie, to czy ja w tej spółce mogę wydać kapitał zakładowy ?
-Może pan wydać pieniądze – odpowiadałem spokojnie.
-No, to znaczy, że mogę – uspokajał się klient.
-Nie może pan, bo kapitału wydać nie można.
-Jak to ?
-Mówiłem, może pan wydać pieniądze.

I tak w zależności od mojej cierpliwości i pojętności klienta wyglądała większość porad. A było tych klientów wielu. Tak wielu, że postanowili założyć Wielkopolskie Towarzystwo Gospodarcze – Związek Spółek Zarobkowych i wybrali mnie do jego zarządu.

Pomysł wyszedł od Michała W. – późniejszego posła na Sejm Kontraktowy – którego wówczas jeszcze nie znałem. Prezesując firmie, którą założył jako spółkę z o.o. Michał zwrócił się do znanych mu spółek z inicjatywą powołania jakiegoś stowarzyszenia. Na spotkanie pojechałem z Pawłem N., moim byłym studentem i przyjacielem, który w toku dyskusji zabrał głos w swoim stylu:

-Doceniam inicjatywę powołania jakiejś organizacji, która by zrzeszała przedsiębiorców tworzących spółki. Sądzę, że można by nawiązać do Związku Spółek Zarobkowych, zresztą dyskutowałem już o tym z moim adwokatem, który państwu przedstawi szczegóły.

I Paweł wskazał na mnie. W tamtych latach powiedzenie przez przedsiębiorcę o adwokacie „mój adwokat” dodawało chyba prestiżu i autorytetu bardziej przedsiębiorcy niż adwokatowi ale po takiej prezentacji przez Pawła, zostałem wybrany do komisji organizacyjnej towarzystwa, później – niejako z rozpędu – wybrano mnie do jego zarządu

O roku ów ! kto ciebie widział w naszym kraju !

Rok 1989. to był naprawdę piękny rok. Lato było gorące a na naszych oczach upadał ustrój, którego już wszyscy mieli dość. Pracowałem intensywnie dzieląc obowiązki między kancelarią i izbą. Wiosną do tych obowiązków doszło jeszcze zaangażowanie w Komitecie Obywatelskim.

Michał W. w pierwszych w miarę wolnych wyborach był kandydatem Komitetu Obywatelskiego w wyborach do sejmu; i po zdjęciu z Wałęsa,  oczywiście został wybrany.

Towarzystwo Gospodarcze zainicjowało powołanie izby przemysłowo handlowej; i na pierwszym zgromadzeniu założycielskim wybrano mnie jej prezydentem. Tak oto byłem już nie tylko specjalistą od prawa handlowego ale stałem się też działaczem gospodarczym: Prezydentem Wielkopolskiej Izby Przemysłowo Handlowej.

*

Mniej więcej w tym czasie wychodziłem z rozprawy w Sądzie przy Młyńskiej i wówczas, na korytarzu sądowym wszystko się zaczęło. 

Przed salą, w pozycji bardziej niż swobodnej siedział Mecenas Antoni S.

Jedno spojrzenie wystarczyło bym się przekonał, że Antek żadną miarą na sali pokazać się nie może. On zresztą wiedział to równie dobrze jak ja. Spojrzał na mnie z wyrazem ulgi:

-Marcin z nieba mi spadasz, nie mogłem nikogo znaleźć, prosta sprawa, o eksmisję.

Nawet do głowy mi nie przyszło żeby odmówić.

-Za kogo jesteś ?

-Za powoda. 

Odprowadziłem Antoniego do pokoju adwokackiego na pierwszym piętrze i pobiegłem na salę. 

Sprawa Hartwig Kantorowicz Następca SA, przeciwko… (nie pamiętam przeciwko komu).

Nazwa powoda mnie zafascynowała. Zwłaszcza te dwie literki na końcu s.a. Pierwszy raz miałem w praktyce do czynienia ze spółką akcyjną. Ale ki diabeł ten Hartwig Kantorowicz ? 

No bo jeszcze C. Hartwig, to wiadomo; ale ten drugi: Kantorowicz ? I co znaczy „następca„.

Dopiero z czasem dowiedziałem się, że Hartwig to imię, a pokaźny pakiet przedwojennych akcji tej firmy był w posiadaniu mojej rodziny. Natomiast następca to tyle co dawniej przy E.Wedel, czyli określenie, że przdsiębiorstwo zostalo przejęte lub kupione z zachowaniem dawnej firmy. Taki dodatek podkreślał ciągłości firmy mimo zmiany właściciela;  i działał też w drugą stronę uwalniając byłego właściciela za wpadki nabywcy i zmarnowanie firmy. Niepamiętających tamtych czasów pouczę, że komuniści po przejęciu zakładów Wedla, produkowali czekoladę pod firmą: Zakłady 22 Lipca daweniej E. Wedel.

Sędzia podyktował standardową formułę o wywołaniu sprawy.

Zgłosiłem się:

-Za pełnomocnika powoda adwokata S, adwokat Majewski, zobowiązuję się przedłożyć pełnomocnictwo substytucyjne w ciągu trzech  dni.

-Ale panie mecenasie, adwokat S. nie jest w tej sprawie pełnomocnikiem powoda – sędzia spojrzał na mnie z wyrozumiałością – pan mecenas jest prokurentem powoda, zresztą znanej przedwojennej firmy produkującej likiery i wódki, zatem oczekuję zwykłego pełnomocnictwa.

-Oczywiście wysoki sądzie.

W byłym zaborze pruskim mamy to szczęście, że proces cywilny ma charakter pisemny. W sytuacjach nadzwyczajnych bądź krytycznych wystarczy sądowi powiedzieć, że powód wnosi jak dotychczas.

No i w taki oto sposób po raz pierwszy reprezentowałem spółkę Hartwig Kantorowicz Następca S.A. mówiąc w jej imieniu tylko dwa słowa.

 

Wieczorem odwiozłem akta do Antka  na Szeląg; to taki skrótowiec od ulicy Szelągowskiej w Poznaniu. Ale w środowisku adwokackim, bądź przynajmniej w niektórych jego kręgach, gdy mówiono, byłem na Szelągu, wiadomo było, że na imprezie u Mecenasa Antoniego S.

Po kilku godzinach godziwych podziękowań za zastępstwo na rozprawie, gdy już się wszystko pokończyło, Antek oświadczył, że przed wojną, jego ojciec – który był prezesem firmy Hartwig Kantorowicz – zakopał w ogrodzie skrzynkę likieru Podbipięta.

Nie bardzo w to wierzyłem ale Antoni był już tak zdeterminowany i uparty, że wzięliśmy szpadle i poszliśmy kopać.

W smaku, to ten Podbipięta przypominał współczesną Żołądkową Gorzką.

 

c.d.n.



Publikowany tekst jest w zasadzie pierwszym rozdziałem książki będącej zbiorem opowiadań, które spaja historia jednej sprawy prowadzonej przez adwokata i jej wpływu na jego życie i postawę. W całym zbirze opis faktów miesza się zprojekcjami i urojeniami, dlatego – chociaż sam przebieg procesów, które łącznie w sprawie trwały ponad 25 lat – jest prawdziwy, okoliczności oboczne tak traktowane być nie mogą. Zależy mi na oddaniu atmosfery tamtych lat i oddaniu przemmian społecznych i osobowych, które zachodziły w nas i w postrzeganiu rzeczywistości.  Książka jako całość nie została wydana i wciąż jest w trakcie tworzenia; za namową przyjaciół rozpoczynam jej publikację w sieci, fragmentami stanowiącymi jak mniemam samoistne rozdziały.

jmm